Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozwiązania prawne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozwiązania prawne. Pokaż wszystkie posty

4 czerwiec 2007

O prawach autorskich raz jeszcz

Z rozmów z osobami na temat mojej poprzedniej wypowiedzi na ten temat wnoszę, że występują w tym kontekście pewne nieporozumienia. Zarzuca się m.in. mojej wizji, że programiści nie mieli by tak naprawdę jak zarobić. To trochę nie tak.

Zacznijmy od tego, że ktoś coś chce mieć i tym czymś jest jakaś aplikacja. Człowiek ów idzie do programisty lub grupy programistów i mówi czego chce. I teraz programista jest postawiony przed pytaniem „Jakiej kwoty zażądać?”. By odpowiedzieć na to pytanie należy się zastanowić jakie będą koszty a jakie przychody. Koszty w obu przypadkach można uznać za podobne. Przychody będą natomiast wyglądać zupełnie inaczej. O ile w obecnie obowiązującym modelu dystrybucji oprogramowania wytwórca ma monopol na sprzedaż a klient jest jedynie licencjobiorcą o tyle w wyimaginowanym społeczeństwie alternatywnym wygląda to tak, że sprzedając program sprzedaje się wszelkie prawa do niego z wyłączeniem prawa do informacji o autorze. Mamy więc sytuację, w której nabywca może udostępnić światu za darmo nasz produkt. Może się więc zdarzyć tak, że nie sprzedamy już naszego programu nikomu innemu. Cały więc przychód należałoby więc pobrać już przy pierwszej transakcji. Ktoś mógłby rzec „No dobrze, ale w ten sposób ceny oprogramowania będą jeszcze większe, wręcz kosmicznie wysokie”. To też nie do końca prawda. Postawmy się bowiem w sytuacji naszego klienta. Nabył on za duże pieniądze program. Czy będzie skłonny wszystkim wokoło robić wielki prezent? Chyba nie. Zatem ryzyko, że klient po prostu rozda program jest raczej niewielkie. Ponadto zwróćmy też uwagę na późniejsze utrzymanie oprogramowania. Do kogoś kto kupił od nas program mamy prawo mieć inny stosunek niż do kogoś kto go po prostu dostał. Mamy prawo powiedzieć, że naszym klientom oferujemy takie a nie inne warunki a nie-klientom nie. Tym samym potencjalni nabywcy nadal będą odczuwać pewną presję nabywania programów od pierwotnego wytwórcy a nie na wtórnym rynku. Te mechanizmy sprawiają, że najprawdopodobniej my jako autorzy programu sprzedamy nieco więcej egzemplarzy niż tylko jedną sztukę. Tym samym ceny nie byłyby aż tak dramatycznie wysokie. Pewna część programów (zwłaszcza przeznaczonych do masowego odbiorcy) byłaby pewnie darmowa, choć pewnie nie od razu. Oprogramowanie wytwarzane na zamówienie klienta kosztowałoby prawdopodobnie tyle samo. O wartości oprogramowania i przychodach decydowałby rynek, a nie liczne kruczki prawne.

Zachęcam gorąco do komentarzy i polemik.

31 maj 2007

Materialne prawa autorskie

Czasem popuszczam wodze swej fantazji i wyobrażam świat w którym informacja jest wolna. Co przez to rozumiem? Chodzi o to, że uzyskawszy informację (czyli wszystko co kopiowalne) mogę z nią zrobić co zechcę. W moim wymarzonym świecie programista jest jak grajek na ulicy. Słuchać go mogą wszyscy, a ci którzy mają pieniądze i ochotę wrzucają mu pieniądze. Czasem wrzucając pieniążka poproszą o taki lub inny kawałek, ale słuchać mogą wszyscy. W moim wyimaginowanym świecie nie dochodzi do patologii patentowych, nikt nie pobiera opłat licencyjnych. To jednak inny świat i nigdy takiego nie będzie.

Czemu nasza cywilizacja tak bardzo przywiązała się do prawa własności. Prawo to jest stawiane ponad wszystkimi innymi. Czyż myśl ludzka musi mieć „właściciela”? Czyż musi podlegać transakcjom kupna-sprzedaży? Czyż nie wystarczyłoby prawo do prawdy (informacji o tym kto jest autorem czegoś)? Czyż bycie drugim, który wpadł na jakiś pomysł musi oznaczać utratę wszelkich praw do czegoś na rzecz tego pierwszego?

30 maj 2007

Globalizacja pracy

Tekst poniższy zamieściłem na pewnym forum jako moje refleksje na dzień 1 maja.

Żyjemy w epoce globalizacji. Czy nam się to podoba czy nie staje się ona faktem. Wielkie korporacje lokują swe zakłady tam gdzie koszty pracy są mniejsze. To jest jedna strona medalu i tylko tą stronę zdają się dostrzegać przeciwnicy tego procesu. Tymczasem od 1 maja 2004 r. Polacy mają okazję obserwować drugą stronę medalu. Jest to tym ciekawsza obserwacja, że można ją nazwać obserwacją uczestniczącą. Zjawisko będące jej przedmiotem jest niejako odpowiedzią społeczeństwa epoki globalizacji na różnice zarobkowe pomiędzy krajami. Proces migracji zarobkowej jest już na tyle znaczny by można było mówić o jego masowym charakterze. Tak samo jak instytucje korporacyjne w poszukiwaniu taniej siły roboczej są w stanie ponieść znaczne wydatki związane ze zmianą lokalizacji swych zakładów produkcyjnych, tak samo też pracownicy mogą w dzisiejszych czasach ponieść znaczne (w odpowiedniej skali) wydatki związane ze znalezieniem zatrudnienia tam gdzie wynagrodzenie i warunki pracy są lepsze. Tak więc dożyliśmy czasów, że Polacy pracują w Anglii, Irlandii, Niemczech i Holandii, w Polsce pracują Ukraińcy, Białorusini, Wietnamczycy i Chińczycy. Doszło nawet do tego, że na rodzimym rynku pracy nie ma chętnych na zatrudnienie się w ulokowanym przez LG, w naszym kraju zakładzie. Myśli się więc o sprowadzeniu doń pracowników z Chin. Absurd? Czasem rzeczywistość bywa absurdalna. Przez te absurdy widać jednak, że społeczeństwo epoki globalizacji nie jest takie bezbronne jakby wydawało się alterglobalistom i socjalistom takim jak pan Piotr Ikonowicz. W sposób bardziej lub mniej świadomy ludzie pokonują pułapkę ekonomiczną globalizmu jego własną bronią — migracją ekonomiczną.

Zaobserwowaliśmy zjawisko, podsumowaliśmy je. Czas więc zastanowić się co zeń wynika i jakie skutki może przynieść w przyszłości. Dopóki istnieją przeszkody w migracji ludności na świecie problem nierównych szans będzie istniał, jednak bariery takie stopniowo znikają. Oczywiście najpierw znikają bariery dla przedsiębiorców co widać choćby na przykładzie Chin.

Wydaje się, że tym co będzie obrazowało przyszłość są właśnie kraje totalitarne. Jak na razie niektóre z nich wydają się trzymać całkiem mocno. Chiny są krajem, w którym nawet takie medium jak internet jest cenzurowane. Trudno się zresztą dziwić takim działaniom. Świadomość społeczeństwa jest największym zagrożeniem władz w tym kraju.

Cóż jednak będziemy się zamartwiać problemami tego w końcu nie małego narodu? Lepiej wróćmy na nasze podwórko. Mamy bowiem własne problemy. Czy zarobki w kraju mają szansę na szybkie zrównanie się tymi w krajach zachodnich? Czy powinniśmy otwierać granicę na pracowników z Ukrainy? Czy możliwość inwestowania na Ukrainie zagraża interesom Polski? Na ile Polska może wykorzystać te możliwości? (Przykładowo współpracująca z Ericssonem polska spółka Ericpol Telecom już ma swoje oddziały w Meksyku i na Ukrainie).