26 czerwiec 2007

Najbardziej niefortunne logo

Tym razem coś lżejszego. Kliknij na obrazek poniżej by obejrzeć kolekcję najbardziej niefortunnie pomyślanych logo.

23 czerwiec 2007

Hipotezy ciąg dalszy

W wyniku pewnej rozmowy postanowiłem pociągnąć dalej temat hipotezy o potrzebie istnienia homoseksualizmu w przyrodzie.

Hipoteza ta opiera się na założeniu, że nic w przyrodzie nie istnieje bez przyczyny, nawet to co jest sprzeczne z ogólnymi tendencjami. Apoptoza choć generalnie sprzeczna z ogólną tendencją podtrzymywania życia jest zjawiskiem potrzebnym a jej brak stanowiłby zagrożenie. Homoseksualizm jest zjawiskiem sprzecznym z naturalnym cyklem życiowym człowieka. Jest on sprzeczny z ogólną tendencją przekazywania genów i podtrzymywania istnienia gatunku

Apoptoza wg mego rozmówcy jest „logiczna” bo dotyczy komórek, które są „zużyte lub uszkodzone” czyli generalnie rzecz biorąc ich dalszy żywot szkodziłby organizmowi. Jeśli jednak zastanowimy się to do homoseksualizmu można dopasować analogiczną logikę. Zauważmy, że odpowiednikiem szkodliwej dla organizmu komórki w rozważanej sferze jest osobnik, którego materiał genetyczny z jakichś względów nie nadaje się do dalszego przekazywania. W tej chwili nawet do końca nie musimy wiedzieć dlaczego. No dobrze, ale skoro tak to po co taki osobnik ma żyć? Dlaczego zgodnie z prawidłami natury nie umiera? Odpowiedź na to pytanie jest również prosta, bo wadliwe są jego geny a nie on sam jako osobnik. Jednostka taka może być nadal użyteczna dla stada (np. we wspólnych polowaniach). Nie nadaje się jedynie do przekazywania genów celem podtrzymania gatunku. Pojawia się jednak kolejne pytanie. Dlaczego takie osobniki nadal mają popęd seksualny? Dlaczego nie został on wytłumiony? Możliwości jest kilka m.in. taka, że prościej skierować popęd na niewłaściwą (z punktu widzenia rozrodu) płeć niż cokolwiek wytłumić. Inna możliwość to społeczna rola seksu i popędu seksualnego zwiększająca więź osobnika ze stadem. Rola ta jest w szczególny sposób obecna u ludzi i małp bonobo.

Powstają przy tym wszystkim pytania, na które odpowiedź nie jest oczywista. Jaka jest rola biseksualizmu w przyrodzie? (O ile taka orientacja rzeczywiście istnieje) Jaka jest rola homofobii? (O ile jest to naturalna atawistyczna fobia). Te pytania pozostają otwarte

20 czerwiec 2007

O propagandzie homoseksualizmu

Tym razem po dłuższej przerwie postanowiłem napisać o propagandzie homoseksualizmu czyli o czymś czego nie ma. Nie ma nie dlatego, że nikt homoseksualizmu nie propaguje, bo pewnie znaleźliby się tacy, którzy chcieli by to robić dla zwykłego zarobku. Nie ma dlatego, że być nie może, ale o tym za chwilę. Oczywiście można się spierać na temat kwestii istnienia i spory takie były toczone przez filozofów od wieków. Przykładowo było takie pojęcie jak „byt intencjonalny”. Tu jednak porzucimy tego typu rozważania i skupimy się na intuicyjnym rozumieniu istnienia.

Roman G. i spółka sugerują, że w nieszczęsnym kraju naszym istnieje propaganda homoseksualizmu. Idą nawet dalej, bo próbują tę propagandę tropić a nawet z nią walczyć. Panowie Ci nie zastanowili się chyba jednak nad bardzo prostą kwestią czy sami byliby w stanie w jakikolwiek sposób zmienić swą orientację seksualną. Przypuśćmy, że orientacja seksualna może podlegać zmianom (tak zapewne zakładają pan Roman G. i jego koledzy). Niewątpliwie rozważając dwie orientacje heteroseksualną i homoseksualną, tą pierwszą można wskazać jako bardziej zgodną z naturalnym cyklem życiowym człowieka. (Sympatycy pana Romana rzekliby pewnie, że homoseksualizm jest w ogóle wbrew naturze) Tym samym, wedle wszelkich prawideł zmiana w tę stronę powinna być prostsza niż w drugą. Tymczasem dokonania medycyny w tym zakresie są jakby to rzec raczej mizerne. Istnieje tylko nieliczna i związana ściśle z kościołem grupa psychologów, którzy dopuszczają taką możliwość. Reszta świata medycyny uważa to za niemożliwe. Skoro niemożliwa jest zmiana, która jest naturalna to tym bardziej niemożliwa jest taka, która jest „wbrew naturze”.

Oto doszliśmy do punktu, w którym okazuje się, że pan Roman G. (z kolegami) walczy przeciwko propagandzie czegoś co jest niemożliwe. Mało tego, osoby te angażują do swojej walki pracę rozmaitych służb publicznych (finansowanych m.in. z moich podatków). Nad skandalicznością tego pomysłu nie będę się słownie pastwił, bo każdy czytelnik może to zrobić we własnym zakresie.

Przez moment możemy jednak skupić się na pozornie marginalnym stwierdzeniu o zupełnej nienaturalności tego zjawiska. Co jednak znaczy „nienaturalny”. Jeśli ma to znaczyć „nie występujący w przyrodzie” to oczywiście jest to błąd bo występuje. Jeśli ma oznaczać „nie jest najczęstszą możliwością” to niby prawda, ale wtedy bycie mężczyzną też będzie nienaturalne bo kobiet jest jednak więcej. Mało tego. Jeśli znów przyjąć teorię Romka i spółki, o tym, iż jest to choroba to musimy stwierdzić, że jest to zjawisko naturalne, bo choroby to jednak naturalny mechanizm redukcji populacji. Być może homoseksualizm jest również takim mechanizmem. Wszak istnienie jednego mechanizmu nie wyklucza istnienia innych. Pewne zjawiska w przyrodzie wydają się czasem być niewłaściwe. Przykładem może być apoptoza. Komórka popełnia samobójstwo (biolodzy czytający tego bloga pewnie mnie poprawią). Jest to rzecz pozornie ”niewłaściwa” sprzeczna z naturą, której celem jest trwanie życia. Jednak właśnie ten mechanizm chroni nas przed nowotworami. Kto wie. Być może bez homoseksualizmu cywilizacja ludzka borykałaby się z problemem podobnej rangi co nowotwory, tyle że w skali społecznej?

10 czerwiec 2007

Amerykańska tarcza w świetle astrologii
czyli o tym czy strzelec może być na usługach raka (i na odwrót)?

Postanowiłem napisać o tarczy. Temat w sumie modny i można rzec, że pisanie o tarczy jest trendy (jezzy?, fresh?) a ja dołączam się jedynie do nurtu. W sumie mogła by to być jeszcze jedna z setek podobnych do siebie i bardziej lub mniej nudnych opinii na ten temat. Mogłaby ale nie będzie. Jest bowiem druga część tytułu – astrologia, która zdecydowanie w modzie nie jest. Mówi się o niej, że jest pseudonauką i wiesza na niej psy. Jako że lubię się nie zgadzać z tym co „się mówi” postawiłem sobie za cel napisanie czegoś pozytywnego o astrologii.

Stany Zjednoczone Ameryki Północnej – oaza wolności, kraj wielkich możliwości, miejsce gdzie wszystko jest naj, a ludzie żyją bezpiecznie. Nie, to nie są moje opinie. To stereotypy, które kojarzą się z USA jak ninja z Japonią. Ze Stanami astrologia zwykło wiązać dwa znaki zodiaku a mianowicie strzelca i raka.

Strzelec to śmiałek, człowiek wolny i jednocześnie ambitny optymista, który chce zdobywać, dąży do ekspansji, wciąż podąża dalej i dalej. Ten znak zodiaku jest bardzo widoczny w stereotypach amerykańskości. Widzimy go we wszelkich symbolach nawiązujących do wolności (np. Statua Wolności w Nowym Jorku). Widzimy go również w amerykańskim micie od pucybuta do milionera. Wiele przełomowych wydarzeń w historii USA to swego rodzaju wyzwolenia. Było to m.in. wyzwolenie z niewolnictwa, wyzwolenie z polityki segregacji rasowej. Nawet rewolucja seksualna (w raz z wydarzeniami takimi jak stonewall riots) jest swego rodzaju wyzwoleniem. O strzelcu można powiedzieć „born to be wild”. Ucieleśnieniem mitu strzelca jest harleyowiec – easy rider.

Rak to jednostka dla której bardzo ważne jest bezpieczeństwo, dom, prywatność i wspomnienia. USA to kraj gdzie dom jest jedną z najważniejszych rzeczy. Domu amerykanim może bronić wszelakimi metodami. Amerykanie bardzo sobie cenią prawo do prywatności (jak to raki). Ponad prywatnością jest jednak bezpieczeństwo i amerykanie skłonni są scierpieć nawet ingerencje w ich prywatność jeśli tylko widzą (albo im się to wmówi) zagrożenie swego bezpieczeństwa.

Tradycja astrologiczna każe uważać znaki strzelca i raka za niecharmonijne, bo połączone aspektem zwanym kwinkunksem. I rzeczywiście jeśli zastanowimy się nad zbiorem cech i wartości związanych z nimi widzimy, że stoją one w trudnym do rozwiązania konflikcie. Otwartość strzelca trudno pogodzić z zamkniętą i pełną sekretów naturą raka. Tak jak ciężko o bardziej ekstrawertyczny znak niż strzelec, tak samo trudno o coś bardziej introwertycznego niż rak. Polityka USA czasem zdaje się być pełna wewnętrznych sprzeczności. Kraj zbudowany przez imigrantów, niby otwarty na świat jest momentami jednocześnie niczym twierdza, obwarowany licznymi utrudnieniami dla kolejnych imigrantów. Wobec nas Polaków – „wielkich przyjaciół USA” nadal nie zniesiono wiz. Po zburzeniu WTC ta izolacjonistyczna postawa szczególnie się nasiliła.

Próby połączenia tych dwóch znaków obserwować możemy na przykładzie wolności w zakresie posiadania broni palnej, uzasadnianej potrzebą obrony. Innym przykładem takiego łączenia wybitnie amerykańskich cech jest amerykańska polityka bezpieczeństwa zakładająca obronę swego kraju już poza jego granicami. Liczne amerykańskie bazy wojskowe rozrzucone po całym świecie to właśnie działanie ekspansywnego strzelca na usługach przewrażliwionego na punkcie bezpieczeństwa raka.

W sumie czytelnik może czuć się zawiedziony. Nie napisałem słowa o tym czy tarcza powinna powstać czy też nie, co na to Rosja i co prawdopodobnie nastąpi. Nie napisałem i nie mam zamiaru napisać. To na co chciałem zwrócić uwagę to pewnego rodzaju archetypowość polityki Stanów Zjednoczonych w tym zakresie. Mam nadzieję, że nieszablonowość tego ujęcia będzie dla czytających wystarczającą rekompensatą.


Pozdrawiam serdecznie


Daniel

Literatura


[1] Weres L.: Homo – Zodiacus, Cinpo International, Poznań 1991, ISBN 83-85294-00-7.
[2] Prinke R., Weres L.: Mandala życia. Astrologia – mity i rzeczywistość., KAW, Poznań 1982.

4 czerwiec 2007

O prawach autorskich raz jeszcz

Z rozmów z osobami na temat mojej poprzedniej wypowiedzi na ten temat wnoszę, że występują w tym kontekście pewne nieporozumienia. Zarzuca się m.in. mojej wizji, że programiści nie mieli by tak naprawdę jak zarobić. To trochę nie tak.

Zacznijmy od tego, że ktoś coś chce mieć i tym czymś jest jakaś aplikacja. Człowiek ów idzie do programisty lub grupy programistów i mówi czego chce. I teraz programista jest postawiony przed pytaniem „Jakiej kwoty zażądać?”. By odpowiedzieć na to pytanie należy się zastanowić jakie będą koszty a jakie przychody. Koszty w obu przypadkach można uznać za podobne. Przychody będą natomiast wyglądać zupełnie inaczej. O ile w obecnie obowiązującym modelu dystrybucji oprogramowania wytwórca ma monopol na sprzedaż a klient jest jedynie licencjobiorcą o tyle w wyimaginowanym społeczeństwie alternatywnym wygląda to tak, że sprzedając program sprzedaje się wszelkie prawa do niego z wyłączeniem prawa do informacji o autorze. Mamy więc sytuację, w której nabywca może udostępnić światu za darmo nasz produkt. Może się więc zdarzyć tak, że nie sprzedamy już naszego programu nikomu innemu. Cały więc przychód należałoby więc pobrać już przy pierwszej transakcji. Ktoś mógłby rzec „No dobrze, ale w ten sposób ceny oprogramowania będą jeszcze większe, wręcz kosmicznie wysokie”. To też nie do końca prawda. Postawmy się bowiem w sytuacji naszego klienta. Nabył on za duże pieniądze program. Czy będzie skłonny wszystkim wokoło robić wielki prezent? Chyba nie. Zatem ryzyko, że klient po prostu rozda program jest raczej niewielkie. Ponadto zwróćmy też uwagę na późniejsze utrzymanie oprogramowania. Do kogoś kto kupił od nas program mamy prawo mieć inny stosunek niż do kogoś kto go po prostu dostał. Mamy prawo powiedzieć, że naszym klientom oferujemy takie a nie inne warunki a nie-klientom nie. Tym samym potencjalni nabywcy nadal będą odczuwać pewną presję nabywania programów od pierwotnego wytwórcy a nie na wtórnym rynku. Te mechanizmy sprawiają, że najprawdopodobniej my jako autorzy programu sprzedamy nieco więcej egzemplarzy niż tylko jedną sztukę. Tym samym ceny nie byłyby aż tak dramatycznie wysokie. Pewna część programów (zwłaszcza przeznaczonych do masowego odbiorcy) byłaby pewnie darmowa, choć pewnie nie od razu. Oprogramowanie wytwarzane na zamówienie klienta kosztowałoby prawdopodobnie tyle samo. O wartości oprogramowania i przychodach decydowałby rynek, a nie liczne kruczki prawne.

Zachęcam gorąco do komentarzy i polemik.

Psucie oświaty

Obiecałem ponarzekać. Doszedłem do wniosku, że najłatwiej będzie ponarzekać na polu polskiej oświaty. No cóż. Nic nowego na tym polu jest na co narzekać od lat. „Bo płace nauczycieli za niskie”, „bo ich selekcja do zawodu jest nieodpowiednia”, „bo reforma Handkego była porażką” (zwłaszcza w sensie wychowawczym). Bliżej współczesności (rządy Romana G.) to już w ogóle nie wiadomo czy jest coś na co można nie narzekać (indoktrynacja, usunięcie edukacji na tematy tolerancji, homofobiczne czystki wśród kadry nauczycielskiej, zła współpraca ze związkami zawodowymi, zmiany w zakresie lektur no i wreszcie nieszczęsne mundurki).

Zatrzymajmy się na moment przy mundurkach. Zastanawiające jest, że znaczny odsetek społeczeństwa popiera mundurki (choć jakoś dziwnym trafem u uczniów proporcje są jakby inne niż u dorosłych, ale mniejsza z tym). Gdy jednak zaczynają się rozmowy między rodzicami jak takie mundurki miałyby wyglądać to już o zgodę bardzo trudno. Jedni stawiają przede wszystkim na estetykę, inni na taniość odzienia swych pociech. Między zwolennikami zaś padają standardowe argumenty o krępowaniu indywidualności, o kosztach i o tym, że państwo zafunduje mundurki najbiedniejszym.

W tym ostatnim argumencie zastanawiający jest brak spojrzenia całościowego, makroekonomicznego. Skoro mundurków nie ma a mają być to znaczy, że trzeba je wykonać. Skoro trzeba je wykonać to ktoś to zrobi, ale nie za darmo rzecz jasna. Skoro nie za darmo i nie za unijne pieniądze to koszt wykonania poniesie ktoś w Polsce. Skoro ktoś w Polsce to można się zastanawiać kto. Jeśli sami rodzice to będzie to dodatkowe utrudnienie ekonomiczne na drodze uzyskiwania wykształcenia. Jeśli całe społeczeństwo to osoby bezdzietne (takie jak ja) mogą zadać pytanie: „A niby dlaczego u licha mam komuś ciuchy fundować?!”. W ten oto sposób od prostego mundurka dotarliśmy do niebanalnej kwestii redystrybucji środków finansowych pozyskiwanych z podatków. Moglibyśmy się w tym miejscu zastanawiać czy bezdzietne osoby mają jakąś korzyść w wyedukowaniu społeczeństwa, ale byłby to ślepy zaułek. Dlaczego? To proste. Bo na samym początku nie zadaliśmy sobie pytania „Dlaczego?”. Powoli czas zmierzać do konkluzji. Nikt nie zastanawia się nad tym czy mundurki rozwiązują jakieś problemy (a tych przecież nie mało). Wszyscy tylko zastanawiają się jak ma wyglądać uczeń. Kwestie drugorzędne zostały postawione na pierwszym planie przez co brnie się w paranoidalne bzdury. Morał z tego płynie więc taki, że fundamentalne pytania należy stawiać jak najwcześniej.

2 czerwiec 2007

Kultura narzekania

Najpierw chciałem pisać o kiczu (wszelakim). Potem o tym zapomniałem. Następnie zaś chciałem ponarzekać, ale przypomniałem sobie o tym co napisałem w komentarzu do pewnego bloga i w rezultacie postanowiłem napisać o narzekaniu jako takim, czynność narzekania odkładając wraz z tematem kiczu na plan dalszy.

Mówi się o nas Polakach, że wciąż narzekamy. Ano narzekamy. To prawda i z tą prawdą polemizować nie chcę. Mało tego, ośmielam się w pewien sposób dowartościować nieco narzekających. Wykształciła się bowiem w Polsce specyficzna kultura narzekania. Narzekanie jest w dobrym tonie i nie piszę tego wcale ironicznie. Ono dlatego jest w dobrym tonie, bo pokazuje, że narzekający nie podchodzi do świata bezkrytycznie. Dostrzega jego wady. Jest to swego rodzaju wizytówka intelektualna. Będący przeciwieństwem narzekania zachwyt nad światem choć sam w sobie jest raczej pozytywny często jest odbierany jako naiwne nie dostrzeganie tego co złe.

Aby narzekającym wykształciuchom nie było tak słodko trzeba sobie jasno powiedzieć, że po pierwsze od samego narzekania intelektu nam nie przybywa, a po drugie nie każdy inteligent musi być malkontentem. Rysowanie świata w czarnych barwach jest takim samym przekłamaniem jak całkowite go wybielanie.

Tak więc ponarzekam sobie pewnie innym razem. Może na giertychowe pomysły umundurowania szkół? Może na kicz? A może na żywność transgeniczną? Sam jeszcze nie wiem. Dziś nie narzekam.